Daliśmy się zredukować. Jesteśmy zestawem sterowalnych reakcji. W
nienawiści, w chciwości, w niezbyt drogich objawach sympatii. Nie ma
nas. Nie ma tego wszystkiego co wyrastało ponad. Nawet zwykłe
zauroczenie pięknem udało się zeszmacić, to znaczy - zestandaryzować,
uczynić produktem, zaspokajającym potrzeby. Producentów.
Wykrzywiona twarz tryumfującego Nieprzyjaciela unosi się nad nami ze
śmiechem. I z politowaniem. Żebrzemy o trochę chwil, o garść wrażeń i
konto w banku. O pracę. O to żeby nas nie kopali. O to żebyśmy mogli
skopać kogoś innego. I wychylić do dna. I zanurzyć się. W odbierającej
świadomość przyjemności.
Potem codzienna harówka. Rosnąca szarością zimy rezygnacja. Dobrze
przygotowany dokument, na którym mamy wypisane wszystkie argumenty,
świadczące za nami. To wszystko gówno. Warte dyrdymały. Chodzimy po
ziemi. Trzeba patrzeć szerzej. Brać życie jakim jest. Przeciez tyle
dobra robimy. Pomimo.
Więc na przekór sobie. Szacunek chcę oddać szaleńcom. Tym wszystkim
co życie swoje położyli. Dla jakichś tam celów. Albo wartości. Bo
trzymają oni, krawędzie czasu, rozdarcie doraźności, przez które
prześwituje, to co nienazwane. I dlatego tak łatwe dla wykpienia. Z
pozycji.
Nie wiem nawet kiedy to się stało. Kiedy postradaliśmy marzenia. Te
nieosiągalne. Kiedy przyjęliśmy do wiadomości. Skazanie na doczesny
bilans, którego wynik - nie ukrywajmy - opisuje naszą twarz. Miotamy się
czasami. Nie możemy przyznać. Więc pluciu i utyskiwaniom... Żeby
jeszcze oni, szlag ich trafił. Wtedy. Wtedy. Wtedy. Na pewno nie teraz.
Nie dzisiaj...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz