Wielki Aktor. Bogaty człowiek. Człowiek sukcesu. Życie jak marzenie. Sznur. Skurcz. Ciemność.
Istnieją
jakieś ścieżki w życiu ludzi. Ścieżki, które prowadzą do tragedii.
Ścieżki, które zachęcają, a potem, cierpienie bez miary. Jedynym
wyjściem, jedyną ucieczką, jedyną szansą śmierć.
A może to
temat bez znaczenia. Coś komuś odbiło. Odbija. Statystycznie rzecz
biorąc. Statystycznie rzecz biorąc to w Polsce mówimy ciągle o wypadkach
drogowych. Szczególnie o tragediach powodowanych przez pijanych
kierowców. Ha. Więcej ludzi popełnia samobójstwa niż ginie w wypadkach
samochodowych. Na świecie zaś: "jeszcze w 1998 r. samobójstwa stanowiły 8. przyczynę zgonów na świecie, ale obecnie przesunęły się na pozycję 4." Coś jest na rzeczy.
"Na
świecie ginie śmiercią samobójczą ponad milion osób rocznie (...) Jak
podkreśla Hołyst, pod względem liczby samobójstw istnieje tendencja
wzrostowa na całym świecie. Jeszcze niedawno na świecie jakiś człowiek
odbierał sobie życie co 60 sekund, teraz co 40"
Geografia.
Najwięcej samobójstw jest w państwach byłego ZSRR i tych pod jego
wpływem (Białoruś, Litwa, Rosja, Ukraina, Łotwa, Słowacja...). Potem
Japonia i Korea. Potem Zachód. Daleko mniej skłonni do odbierania sobie
życia są mieszkańcy Ameryki Południowej. Niemal zupełnie ten problem
znika w bardzo biednych krajach jak Egipt, Iran, Haiti. Jakie wnioski
płyną z tego rozkładu?
Jest jakoś tak, człowiek dochodzi do
takiego stanu, że nie sposób dalej wytrzymać cierpienia. Dyskomfortu.
Istnieje taki mechanizm, który obiecując najpierw wiele, prowadzi
człowieka w kozi róg. Do sytuacji, z której nie ma wyjścia. Chyba tylko
przez śmierć.
Oczywiście, to z powodu biedy (?), z powodu
odrzucenia przez ludzi, braku dobrych relacji itd. A może jest jakiś
inny powód. Jakaś głębsza przyczyna, która przesącza się jak mdłe
światło przez zasłonięte okno i zmienia, zmienia człowieka, tak że nie
może on już zobaczyć, niczego w innym kolorze, jak odrażający i czarny.
Może to okno zasłania jeszcze intensywniej. Zamyka się w piwnicy umysłu,
drżąc ze strachu. Może życie staje się dla niego instrumentem
cierpienia i bólu. Bo kiedyś przyjął za własne, przekonania, które go tu
przyprowadziły.
Robin William się leczył z uzależnienia.
Wszyscy się uzależniamy. Od przyjemności, od uznania, od szacunku, od
otaczających nas ludzi, od sukcesu, od satysfakcji, od przyjemności, od
nowości, od relacji ludzkich, od ... od.... Dla czegoś trzeba żyć. Po
coś trzeba żyć. A wtedy, ktoś lub coś, niepostrzeżenie odbiera nam to
wszystko, co uczyniliśmy treścią i niezbywalnym sednem naszego życia. Co
wtedy pozostaje?
Z naszego rodzimego gruntu, chyba
najbardziej tragiczną taką śmiercią był los Edwarda Stachury. Kosmiczny
poeta, mistyczny pisarz. Człowiek znikąd. Michał Kątny. I ten
przejmujący wiersz: (...)
bo wszystko mnie boli straszliwie bo duszę się w tej klatce bo samotna jest dusza moja aż do śmierci
Samotność. Aż się przypominają słowa Chrystusa na krzyżu: "Boże mój, Boże mój. Czemuś mnie opuścił?"
Ale nawet w takich chwilach, jedynym wyborem pozostaje relacja. Relacja
do Boga, do Rzeczywistości, która nas stworzyła, stwarza i utrzymuje.
Bo tylko wtedy, życie ma sens niezależnie od tego, co sami jesteśmy o
nim w stanie sądzić. Bo tylko wtedy, mówimy prawdę, nie przywołaliśmy do
życia siebie, swojego życia, swojego istnienia, swojej świadomości. Nie
jesteśmy panami swojego życia. Nasze życie to tylko podróż, to tylko
okazja, byśmy tworzyli, byśmy byli dla innych tym, czy ta Rzeczywistość
jest dla nas: podtrzymaniem, dobrym słowem, dobrym czynem. Bo może tylko
tak, stajemy się tym czym jesteśmy. Czyli...
Równy zwarty szereg, tych co uważają siebie za patriotów, zjednoczył
się w obronie najświętszych dla Polaka (tu należy wyłączyć Władysława
Andersa) wartości. Niepohamowane tsunami pogardy, nienawiści, inwektyw,
słownej i myślnej (na razie) agresji, wylewa się z natchnionych
patriotycznie serc, i zmiata z przestrzeni publicznej każdą próbę
namysłu, każdą próbę jednoczesnego oddania czci i hołdu żołnierzom oraz
krytyki samej decyzji o Powstaniu.
Udało się na szczęście,
uczynić nierozerwalnym, decyzje dowódców z poświęceniem żołnierzy. Udało
się całkowicie zdjąć odpowiedzialność z tych co Powstanie wywołali, za
śmierć żołnierzy ale przede wszystkim cywilów (było ich dziesięciu na
jednego żołnierza), bo to przecież Niemcy strzelali, więc
odpowiedzialności żadnej być nie może. Pozostało tylko jedno, atmosfera
z narady poprzedzającej decyzję o wybuchu
Powstania, na której Okulicki
zarzucał dowódcom przeciwnym wywołaniu powstania - defetyzm i
tchórzostwo. Naciskał na pozostałych, by przedstawiali
Borowi-Komorowskiemu fałszywy obraz sytuacji by przyspieszyć wybuch Powstania.
Dokładnie
to samo myślenie możemy kultywować dzisiaj, wszystkim przeciwnym
naszemu zdaniu zarzucać defetyzm i tchórzostwo. Tylko w ten sposób, mamy
okazję powtórzyć dzieło Leopolda Okulickiego. W wyniku nieznanej szerzej publikacji MSWiA dowiadujemy się, że wcześniej, więziony na Łubiance Okulicki złożył deklarację sympatii dla ZSRR.
Żadne
argumenty za wybuchem Powstania nie wytrzymują racjonalnej krytyki.
Najgorszy chyba jest ten, że gdybyśmy nie zerwali się do walki, to
zachód i wschód oskarżyłby nas, że jesteśmy pro-niemieccy. Więc dla
opinii... Boże mój.
Ale wypada oddać, tym co Powstanie wielbią w całości - a zioną w kierunku krytyków samej decyzji - część racji.
Otóż stają oni w obronie.
W obronie tego co święte. W obronie decyzji o oddaniu życia za innych,
za bliskich, za kraj. Stają przeciwko skundleniu, tchórzostwu, małości i
nikłości, które - nie łudźmy się - niektórzy chcieliby wpoić Polakom
jako zasadę życia. Życia, które rozpoczyna się i kończy na konsumpcji. Chleba. Polskiego, ruskiego, niemieckiego - nie ważne.
Więc dzisiaj,
racje mają ci, co sercem całym za Powstaniem i krytyków mieszają z
najgorszym błotem. Mają rację w tym sensie, że stoją na straży myśli,
przekonania, prawdy, że człowiek jest czymś więcej niż zwierzęciem, że
Polak jest kimś więcej niż konsumentem, że Polska jest czymś więcej niż
miejscem pracy i konsumpcji.
I rację mają ci, co decyzję o wybuchu Powstania krytykują. Rację ma Władysław Anders, zwycięzca spod Monte Cassino, który mówi iż: "powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią".
Rację ma Stanisław Likiernik,
powstaniec, który zabijał Niemców, który w odpowiedzi na argument, że
Powstanie było konieczne ze względów moralnych mówi tak: "Niedobrze mi się robi od takiego myślenia. Jakie wartości wychowawcze
ma totalna klęska? Jakie ma pozytywne działanie przez wiele wieków?
Chyba to, że już nigdy kretyni nie będą wiedli dzieciaków na barykady!".
Rację ma wielu innych wskazując, że "Powstanie Warszawskie to synonim polskiego heroizmu i niemieckiego
barbarzyństwa. Tym niemniej powszechny heroizm i jego kult nie może
przesłaniać problemu odpowiedzialności. Na tych, co szafują życiem
ludzi, ich dorobkiem i zasobami kultury narodowej, ciąży wyjątkowa
odpowiedzialność. Powstanie to wielkie historyczne wydarzenie, którego
prawda powinna być należycie znana, aby kłamstwa o nim nie rodziły
zatrutych owoców."
I te racje możemy i winniśmy łączyć. Zachęca nas do tego także nasza (przynajmniej w większości) wiara. Jezus z Nazaretu mówił, że "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje
oddaje za przyjaciół swoich." I to drugie: "Bądźcie więc roztropni jak
węże, a nieskazitelni jak gołębie. Nikt nas nie zwolni, z wymogu
miłości i poświęcenia, żadna emocja i wiara nie zwolni nas jednak z wymogu
roztropności i ważenia racji.
Ot takie to wyzwania. Co dziś
wypadałoby czynić z miłości do Ojczyzny? Pluć na innych Polaków, za to,
że mają inne zdanie? Naprawdę? Pogłębiać wzajemne niechęci i podziały,
bo w ten sposób sami siebie stawiamy w tym "dobrym" świetle i "dobrym"
szeregu? A może odwrotnie? Robić coś dla innych, w każdej czynności
zawodowej, w każdej wypowiedzi, w każdym słowie. Wbrew pozorom
rzeczywistość z tego się właśnie składa. Z setek tysięcy, z milionów
zwykłych zachowań. To tkanka mojej ojczyzny, dla której życie, w
heroicznym zrywie, poświęcili najlepsi jej synowie.
Myślenie Polaków o Polsce, wskutek nieustającej pracy mediów oraz
polityków, zeszło na tory nieefektywne i frustrujące. Mimo, że wielu
autentycznie chce "by było lepiej", to generowane przez przestrzeń
publiczną nastawienia i oczekiwania, nie dają oczekiwanych zmian w
warstwie rzeczywistej. Dlaczego?
Myślenie o Polsce, o tym co
zmienić, może przebiegać w trzech płaszczyznach, na trzy sposoby, w
trzech perspektywach widzenia Polski.
Po pierwsze Polacy
myślą o zmianie jako o zmianie ludzi. Zmianie personalnej. Winę za
niedostatki rzeczywistości ponoszą przywary osób aktualnie rządzących.
Osoby te są niskich cech charakteru, takich jak: głupota, chciwość, brak
miłości ojczyzny, lenistwo, egoizm, tchórzostwo, skłonność do kłamstwa,
skłonność do złodziejstwa.
Zatem gdy zmienimy rządzących, na
osoby o przymiotach charakteru, takich jak: odwaga, mądrość, altruizm,
miłość do ojczyzny, pracowitość, bezwzględne umiłowanie prawdy,
uczciwość osobista, to wówczas cały kraj odczuje poprawę rzeczywistości
w jakiej żyjemy. Zostanie bowiem usunięta przyczyna obecnych niedomagań
i problemów, jaką były przywary obecnych osób przy władzy. Drogą do
lepszej Polski jest wymiana osób na stanowiskach związanych z władzą.
Po
drugie Polacy myślą o zmianie jako o życzeniach, postulatach docelowych. Chodzi o
to, by: iść na emeryturę wcześniej, zarabiać więcej, mieć mniej religii
albo więcej religii, żeby było więcej dróg, żeby benzyna była tańsza,
żeby opieka zdrowotna lepsza, żeby każdy uczeń miał laptopa, żeby Polska była silniejsza, sprawy sądowe szybsze, dzieci dożywione, urzędnicy milsi i sprawniejsi, itd.
W
tej perspektywie, każdy kto nie rządzi jako receptę na zmianę
przedstawia postulaty. W Polsce będzie lepiej wtedy, kiedy stanowiska
związane z władzą polityczną, obejmą osoby przedstawiające najlepsze
postulaty. Najlepszą opiekę zdrowotną, najsilniejszą Polskę, najkrótszy
wiek emerytalny, najwięcej pieniędzy na żłobki, przedszkola, dożywianie,
edukację, kulturę, wspomaganie, drogi, armię, pomoc dla Ukrainy i
poszkodowanych rolników co się nie ubezpieczyli.
Trzecia perspektywa sporów i patrzenia na Polskę jest stosunkowo najrzadsza. Jest to myślenie o tym, co konkretnie zmienić w funkcjonowaniu Polski. Jest to myślenie najrzadsze bo najtrudniejsze. Każda bowiem propozycja, wymaga namysłu i zdolności obrony stanowiska.
Żadna z nich nie jest promowana przez media czy polityków, które to
podmioty, co tworzą społeczną świadomość, kierują myślenie ludzi na dwie
poprzednie perspektywy, upatrywania drogi do poprawy w zmienianiu ludzi i
doborze najkorzystniejszych postulatów.
Każda propozycja konkretnych zmian systemu, zawsze uderza w jakieś grupy interesów, więc wywołuje
negatywne reakcje. Każda taka propozycja jest apersonalna i nie jest
prostym postulatem korzyści. Przez to nie daje możliwości wzięcia
udziału w stadnym emocjonalnym nawalaniu się i czyni oferenta takich
zmian, outsiderem, osobą podejrzaną, którą w najlepszym razie należy
pominąć, a w nieco gorszym sflekować jako tą, która zaniedbuje aktualny
obowiązek nienawidzenia przeciwników politycznych (nie ważne po której
stronie)
Nawet jeśli myślenie o zmianach w systemie państwa
się pojawia, to bywa, że ma tak wiele elementów, jest tak dużo
propozycji, że nie sposób się skupić na kilku, bo w kolejce czeka dwie
dziesiątki następnych. Wielość zabija tu zdolność do refleksji i do
świadomego poparcia konkretów, efekcie do wcielenia czegokolwiek w życie.
Nie
odrzucając całkowicie i nie deprecjonując wartości myślenia o poprawie
Polski przez zmianę ludzi, czy przez wybór tych co najmilsze postulaty
mają, wypada zauważyć, że te elementy mają i mieć będą nikły wpływ, na
rzeczywistość w jakiej żyjemy. Albowiem ludzie wcale nie są, ani tacy
źli jak się to nam wydaje, ani tacy kryształowi jak się to nam wydaje.
Ludzie działają w ramach systemu, pewnych prawidłowości, pewnych
mechanizmów. To dlatego robotnik w PRLu pracował byle jak, zaś gdy ten
sam człowiek wyjechał do pracy na Zachód, to stawał się bardzo dobrym
pracownikiem. To środowisko, to system, to mechanizmy otoczenia w
przeważającej mierze, generują zachowania ludzi.
Nowi ludzie w
starych warunkach mają małe szanse zmian na lepsze, bo są podobni do
poprzedników, choć będą głosić co innego, bo będą mieć te same
uwarunkowania: kadry, przepisy, mechanizmy, grupy interesów, co
poprzednicy, bo uwagę ludzi i swoją kierowali na kwestie personalne
(przerysowując i zniekształcając je) oraz na kwestie życzeń i
postulatów.
Dlatego byłoby wartościowym, gdyby
Polacy myśleli i spierali się o rozwiązania konkretne. Gdyby te
rozwiązania były na stole debaty publicznej a nie kwestie postulatów czy
ludzi. Wówczas byłaby szansa na wdrożenie takich rozwiązań w życie, bo
wymusiłaby to powszechna publiczna świadomość, która aktualnie kierowana
jest na manowce nikłej efektywności za to sporej emocjonalności, czyli
ludzi i życzeń.
Wymieńmy zatem trzy kluczowe postulaty co do
zmiany rzeczywistości Polski. Trzy to bardzo mało, bo jest ich i
trzydzieści. Te dwadzieścia siedem nie wymienionych nie jest jakichś
godnych pominięcia. Pominąć je należy ze względu na pragmatykę, kto
zajmuje się czy myśli o wszystkim, nie zajmuje się i nie myśli
efektywnie o niczym.
Po pierwsze, należy wprowadzić emerytury płatne w tej samej wysokości i dokładnie w tym samym wieku, dla wszystkich Polaków i Polek, niezależnie od jakichkolwiek czynników: zawodu, pracy, płci itd.
Wprowadzenie tego rozwiązania zmniejszy prawdopodobnie sumę świadczeń
emerytalnych, wygasi ogromną grę grup interesów, polegającą na
wydzieraniu przez różne grupy społeczne przywilejów emerytalnych,
przywróci elementarną sprawiedliwość społeczną.
Po drugie, należy znieść ZUS jako podatek nałożony na dochody z pracy.
Każde opodatkowanie zmniejsza skalę transakcji opodatkowywanych.
Opodatkowanie pracy i aktywności ludzkiej jest błędne, bowiem tłumi tę
aktywność i zmniejsza rynek pracy. Podatki powinny być płacone od
dochodu, od przychodu lub od konsumpcji. Płacenie podatku od pracy,
ściślej od dochodu z pracy, jest wyborem, który negatywnie wpływa na
aktywność społeczeństwa.
Po trzecie, należy zmienić ustrój państwa w ten sposób, aby rząd był powoływany i kierowany przez prezydenta RP.
Taka zmiana wprowadzi stabilność rządu, niezależność jego od fluktuacji
i gier parlamentarnych. Da jasną możliwość rozliczania poczynań rządu.
Parlament staje się wówczas organem stanowienia prawa i kontroli. Taki
ustrój jest w USA, taki ustrój jest w miastach RP. Taki ustrój jest
czytelniejszy, stabilniejszy i bardziej efektywny od obecnego.
I to tyle. Dziś jest pochmurno więc coś na głębszy oddech: