Polska krajem złej emocji


Coś się dzieje. Coś rośnie. To się wyczuwa w powietrzu, w drgnieniu wody w jeziorze, słyszy się jakiś obcy dźwięk, w szumie wiatru. Zajadłość. Nienawiść. Emocja. Krzywda. Jej wyrównanie poprzez eliminację krzywdzicieli. Ból. Rozpacz.

Te wszystkie określenia są oczywiście nieprawdziwe, przesadzone, przerysowane. Nie występują dokładnie w nakreślonej formie. Ale czy nie występują podskórnie? Czy nie jest tak, jak w wielkiej trylogii Tolkiena, że choć wszystko z pozoru, i namacalnie, wygląda bez zmian, to jednak coś się zmienia? Zmienia na gorsze? Zmienia realnie?

Tło.

Gnani pędem młyńskiego koła historii, które obracało się, już to małą i bierną zdradą tej wybranej nad innych części narodu - nazywającej siebie szlachtą, już to realnym rozbiorem państwa przez egoizm wielkich oligarchów - zwących siebie magnatami. Gnani pożarem, samobójczych bez mała, ale oczyszczających, z poprzedniej podłości, powstań. Przechodzący przez 20 lat religii, której bogiem stała się Polska, spełnienie marzeń i odkupienie wcześniejszych win. Po szoku następnego rozbioru, Katynia i następnego samobójczego Powstania, które było prostym następstwem stricte religijno-emocjonalnego myślenia o polityce. Przebijając się przez noc małości i miałkości komunizmu. Dotarliśmy do dwudziestopięciolecia współczesności.

Taki bagaż. Któż by go udźwignął? Więc nikt nam niczego nie narzuca wreszcie, siłą. Więc naprawdę możemy. Rządzić się we własnym domu. Ale nie jest nam łatwo. Bo dach przecieka. Bo zboże gnije. Bo dziura w ścianie i wieje. Bo ludzie od tego kaszlą, a na miejsce gdzie sucho, trzeba się wepchnąć, bo w przeciwnym wypadku w imię godności życia, inni to uczynią i robią to nieustannie.

Uwolnione spod gorsetu sanacyjnej patriotycznej przemocy, komunistycznej przymusowej obroży, polskie dusze mogą otwarcie gospodarować w przestrzeni jaką jest Polska. Jednak coś idzie nie tak. Mniejsza o materialne konkrety. Coś idzie nie tak, z ludźmi.

Emocja.

To plucie. To wszechobecne plucie. Ta żądza wykluczania. I to epatowanie emocjami. Podstawą, uznawaną realnie, społecznie za właściwą do działania czy zabierania głosu - jest emocja. Nie namysł, nie pomysł, nie inicjatywa, nie odkrycie, nie refleksja. Wszystkie te przyczyny, zwiędły i zmarniały, stały się wyschłe i poźółkłe. Najzwyczajniej w świecie, odeszły w tło i przestały być brane na poważnie.

Jaka emocja jest dla Polaków, "najświętszą" (tu w znaczeniu najbardziej do nich przemawiającą) podstawą do działania i wypowiadania się? Otóż - jest to emocja negatywna. Odczuwanie negatywnych emocji a następnie wyrażanie ich w słowach i działaniu, stało się sposobem realizacji naszego opowiedzenia się za dobrem.

Przykłady.

Weźmy kilka przykładów.

Bloger Rodimus stojący na gruncie katolicyzmu i miłości do ojczyzny, co obrazuje jego wezwanie: "Może dobry Bóg wysłucha i raz jeszcze ocali mój naród", pisze tak oto: 

       Mam w pamięci te wszystkie wydarzenia i czuję obrzydzenie

Niejako symetrycznie, pisze o postawie blogera Rodimusa, w swoim komentarzu bloger 11tatemono

       aż się rzygać chce jak się te nawiedzone minoderyjne bzdury czyta

Gdy ja namawiam do szukania belki w swoim oku, zamiast drzazgi w cudzym, do próby odrzucania obrzydzenia, pozostawiając działania polegające na przeciwstawianiu się złu, słyszę od zapalonego miłością do Boga i Ojczyzny blogera Rodimusa:

       Doskonale wiem, co próbujecie robić. Każdą podłość i plugawość staracie się zrelatywizować,

Bloger doskonale wie co ja próbuję zrobić? Naprawdę? Wie również doskonale, że ja to członek jakiejś konkretnej zbiorowości? Wie, że ja "wspólnie ze wspólnikami" staram się zrelatywizować każdą podłość i plugawość? Czego trzeba w człowieku, aby pisać o kimś drugim takie rzeczy? Jakiej zajadłości w sercu, jakiego obrzydzenia w swym wnętrzu trzeba doświadczyć, aby pisać takie rzeczy publicznie o kimś drugim? Do jakiego poziomu trzeba zejść, aby to było możliwe?

Skutki.

Każde wezwanie do opamiętania się, rodzi nowe erupcje insynuacji, pomówień, oskarżeń, lingwistycznych plwocin. Ale czemuż się dziwić, szeregowym obywatelom, kiedy przecież osoba stojąca na wysokim poziomie społecznym i kulturalnym, sam właściciel salonu24 (może współwłaściciel), rozpoczynać swój tekst, raczy słowami: " Przepraszam, ale nie wytrzymałem.". No przecież jak człowiek "nie wytrzymuje" to powinien się zawstydzić, zmitygować, cofnąć, przemyśleć. A tu? Jeden z luminarzy życia politycznego uznaje to za wyjątkowo dobry powód by a) ogłosić to publicznie, b) na tej podstawie właśnie wyrazić obrzydzenie i apel o wykluczenie (niektórych szkodliwych, niektórych nieszkodliwych) polityków.

Co się z nami porobiło? Czy naprawdę jeszcze ktoś przytomny, wierzy że społeczeństwo przechowujące taką właśnie emocję, taką postawę, takie podejście wygeneruje ze siebie racjonalne i efektywne mechanizmy poprawy sytuacji? Czy pozostaje grabienie do siebie, pudrowane życiową koniecznością, korzystaniem z należnego godnego życia i prezentowaniem obrzydzenia w stosunku do zła?
Warto postawić oświecające pytania:
  • Ile publicznych wypowiedzi jest konstruktywnych, tzn. proponujących jakieś rozwiązania, a ile personalnych?
  • Ile jest wypowiedzi, w których zawarta jest jakaś spójna i głębsza argumentacja, a ile jest po prostu wyrazeniem stanowiska, które ktoś posiada i wyrażeniem dezaprobaty dla stanowiska przeciwnego?
  • Czy dyskuje, w większości,  dotyczą rozwiązań i argumentów za nimi stojących, czy ataków wzajemnych na siebie i przytaczania przywar przeciwników?

Na koniec.

Coś się zmienia. To słychać w przepływie wiatru, to czuć w powietrzu, to się odbija w wodzie. Nic nie jest przesądzone. Siły dobra i zła na przemian, starają się o dominację w ludzkich sercach i dziejach. Nie pozostaje nam nic innego, jak stanie do końca. Być może na słonecznym placu targowym. Być może w pustelniczej ziemiance. Ale nie wolno się dać. Nie wolno się dać. Tej wibracji. Tej chorej emocji, która bełtana kołem medialnej politycznej nienawiści, mieszana deprawującymi zasadami życia społecznego, dźwięczy coraz głośniej w sercach wielu ludzi.

Bez względu na wynik i konsekwencje, tych podskórnych potężnych prądów intelektualnych, wypada stać na swoim gruncie. Z nadzieją, że gdy wszystko przeminie, grunt na którym stoimy, ostanie się, nieprzemijający.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz